Sprawa pogryzienia 9-letniej Marysi przez psy. Sprzeczne zeznania świadków

  • 12.01.2018, 15:20 (aktualizacja 12.01.2018 16:25)
  • Marta Irzyk
Sprawa pogryzienia 9-letniej Marysi przez psy. Sprzeczne zeznania świadków
Sąd Rejonowy w Tczewie przesłuchał w piątek prawie dwudziestu świadków związanych ze sprawą pogryzienia 9-letniej Marysi z Rokitek przez mastify tybetańskie. Kwestią sporną jest nie tylko to, czy furtka i ogrodzenie były odpowiednio zabezpieczone przed psami, lecz również czy zwierzęta były wcześniej agresywne i czy tragedii można było uniknąć.

 

Radio Tczew czeka na Twoją reklamę!
Radio Tczew czeka na Twoją reklamę!
Radio Tczew czeka na Twoją reklamę!

Zeznania świadków w dużej mierze są sprzeczne: część twierdzi, że psy oskarżonej Danuty Sz. były wyjątkowo spokojne, inni zaś, że bardzo mocno ujadały pod ogrodzeniem, a nawet gryzły się wzajemnie. Piątkowe zeznania świadków skomentował dla nas Grzegorz Piankowski, ojciec Marysi:

O sprzeczności w zeznaniach zapytaliśmy również Czesława Pastwę, obrońcę Danuty Sz.:

Kask uratował życie

Bliscy sąsiedzi małżeństwa Sz. zeznali, że wobec nich mastify w ogóle nie były agresywne. - Co więcej, nasza córka uczestniczyła w spacerach z tymi psami - podkreślali. - Może czasami psy opierały się o ogrodzenie, ale raczej nie było sytuacji, by właściciele musieli reagować.

Równolegle pojawiły się relacje sąsiadów, którzy unikali psów. - Przechodziłem z dziećmi na drugą stronę ulicy z obawy przed tymi ujadającymi psami. Bałem się, że mogą sforsować ogrodzenie - zeznał jeden ze świadków. - Baliśmy się, bo te psy były coraz większe [dorosły osobnik waży ok. 60 kilogramów - red.]. Śliniły się, gryzły wzajemnie; zawsze, gdy przechodziliśmy obok nich, poruszaliśmy się powoli, nie wykonując gwałtownych ruchów - dodał inny.

Świadkowie zgodnie przyznawali, że psy na spacerze zawsze były na smyczy, bez kagańców. Córka jednego ze świadków miała widzieć psy poza ogrodzeniem, jednak pozostali świadkowie twierdzili, że psy nigdy nie biegały poza posesją bez nadzoru.

Pytani o samo pogryzienie Marysi, naoczni świadkowie wskazywali, że dziewczynka leżała mniej więcej na środku drogi, atakowały ją dwa lub trzy psy. - Wyglądało, jakby ją rozszarpywały - mówiła jedna z kobiet. Ojciec zabrał Marysię do domu, a z psami dalej walczył jeden z sąsiadów, który również odniósł obrażenia. Wciąż nie wiadomo jednak, dlaczego i jak dokładnie psy wydostały się na zewnątrz posesji. - Na pewno to, że głowę Marysi chronił kask, uratowało jej życie - zeznała sąsiadka, podkreślając, że od czasu wydarzeń sprzed dwóch lat wszystkie dzieci na osiedlu jeżdżą w kaskach. 

Furtka niesprawna od miesięcy

Część sąsiadów wiedziała, że małżeństwo Sz. na swojej posesji prowadziło hodowlę mastifów tybetańskich. - Psy jeździły z nami na wystawy, gdzie były oceniane - mówił na rozprawie mąż Danuty Sz. - W związku z psami nie mieliśmy żadnych niepokojących sygnałów, od małego były tresowane. To była nasza prawdziwa pasja. Jeśli chodzi o to, czy były agresywne, to nie mogły być, bo to jest rasa stróżująca - szczekanie na obcych to w ich przypadku coś normalnego, ale żadnych innych przejawów agresji nie było, nigdy nie skakały na ogrodzenie. Zadbaliśmy też o zabezpieczenie naszej posesji.

Mąż oskarżonej zeznał także, że furtka ich posesji musi otwierać się na zewnątrz, co wynika z położenia działki. Nie przeczy, że furtka zamykana na elektromagnes była niesprawna. - Zepsuła się kilka miesięcy przed pogryzieniem Marysi przez psy. Zatrzasnęła się, nie było możliwości, żeby ją otworzyć, dlatego wychodziliśmy wyłącznie przez bramę. Nie wzywaliśmy fachowca, bo niedługo potem planowaliśmy wymianę części ogrodzenia włącznie z furtką. Po zimie sprawdzałem i na pewno nie dało się jej otworzyć.

Podczas rozprawy poruszono także wątek obowiązkowych szczepień psów. Jeden z mastifów nie miał zaświadczenia o aktualnym szczepieniu przeciwko wściekliźnie. - Jestem pewien, że takie szczepienie miał, po prostu zabrakło odpowiedniego zaświadczenia - dodał mąż Danuty Sz.

Zaniedbanie czy nieszczęśliwy wypadek?

Właścicielka psów jest oskarżona m.in. o nieumyślne narażenie na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia i ciężkiego uszczerbku na zdrowiu dziecka. Grozi jej do 3 lat pozbawiania wolności. Obrona nie podważa faktu pogryzienia dziewczynki przez psy, jednak będzie chciała wykazać, że oskarżona nie mogła przewidzieć możliwości pokonania furtki przez mastify.

Kolejna rozprawa odbędzie się prawdopodobnie w połowie lutego.

Przypomnijmy, że do dramatycznych wydarzeń na osiedlu Leśna Polana w Rokitkach doszło w kwietniu 2016 roku. 9-letnia wtedy Marysia przejeżdżała rowerkiem obok posesji, gdzie znajdowały się trzy mastify tybetańskie. Psy wydostały się na drogę i zaatakowały dziecko, które zostało dotkliwie okaleczone, m.in. straciło mały palec u ręki.

Więcej na temat tej sprawy przeczytasz TUTAJ

Marta Irzyk
Podziel się:
Oceń:
  • TAGI:

 

Komentarze (4)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.

stary wiarus
stary wiarus 13.01.2018, 21:49
Gdyby któryś z sąsiadów miał w szufladzie chociażby rewolwer i potrafił go użyć to może cała sytuacja zakończyłaby się szybciej. Niestety Polacy są pod tym względem upośledzeni edukacyjnie i tak jak pisze poprzednik są bezbronni w takich sytuacjach. Wiem co piszę, bo kiedyś zaatakowały mnie zdziczałe psy. Byłem wtedy uczniem szkoły podstawowej i jak każdy dzieciak wałęsałem się to tu to tam. W okolicy był PGR w fazie prywatyzacji (dzikie lata 90-te). Kto pamięta ten wie. Ogólne rozkradanie itd. Opuszczone obory i garaże, złomowiec starych maszyn itd. Dla młodego chłopaka ciekawa przygoda. No i tam był stary sad - pozostałość po jakimś majątku zagarniętym przez komunistów, który ocalał z PRLowskiej zawieruchy. Gdy tam przebywałem napotkałem sforę zdziczałych psów. Nie wiem czy to porzucone psy stróżujące czy po prostu z pobliskich wiosek, które biegały w samopas. Pamiętam tylko, że zrobiły się agresywne a ja cholernie się bałem. Szczęśliwie udało mi się uciec na stara jabłoń, ale miałem rozerwaną łydkę. Gdy się wspinałem to jeden wielki kundel (jakiś mieszaniec) złapał mnie i próbował ściągnąć na dół. Gdybym wtedy spadł to pewnie by mnie rozszarpały. Nie mogłem zejść i dość długo siedziałem na górze. A one czekały, widziałem je jak leżą sobie w cieniu. Nikogo w okolicy tylko ja i te dzikie psy. Sytuacja była kiepska. Ale nawet taki łapserdak jakim ja byłem ma jakiegoś anioła stróża. Moim byli myśliwi jadący UAZ-em. Zacząłem krzyczeć i machać z tego drzewa. Któryś z tych facetów mnie dostrzegł i ruszyli w moją stronę. Psy uciekły a ja szczęśliwie wróciłem do domu. Potem okazało się, że te psy pogryzły wcześniej jakaś dziewczynę. Mysliwi, których spotkałem polowali na te psy i w końcu wszystkie odstrzelili. To autentyczna historia. Mam do dziś bliznę na nodze oraz wspomnienie bolesnych zastrzyków.
Skider
Skider 12.01.2018, 19:05
To tragedia dla wszystkich, którzy w tym uczestniczyli. Dla ofiar, świadków ale też dla właścicieli psów, którzy nie dopilnowali swojej hodowli. Zadam też pytanie. Ilu z nas przewiduje w życiu takie sytuacje? Ilu z nas posiada coś do obrony w domu? Czy będąc świadkami podobnej tragedii możemy zareagować czy pozostaje nam tyko patrzeć gdy ktoś potrzebuje pomocy? Do czego piję? A do tego, że jesteśmy społeczeństwem bezbronnym, myślącym, że na wszystko jest policja, straż pożarna i pogotowie. Ilu z nas potrafi udzielić pierwszej pomocy? Jest wiele pytań w tej materii. A odpowiedzi kilka i podobnych - uczmy się reagować i bądźmy przygotowani. Myślmy z wyprzedzeniem. Życie to nie bajka, a błoga sielanka może zostać brutalnie przerwana w niespodziewanej chwili.
Panda
Panda 13.01.2018, 05:17
Wiecej religii w szkołach potrzeba, jak sie bedą Polacy więcej modlić to do takich sytuacji nie będzie dochodzić
apostoł 69
apostoł 69 13.01.2018, 18:24
Masz rację. Już niedługo ulicami naszych miast będą jeździć autobusy napędzane mocą ducha świętego, a prezydent pójdzie na emeryturę, bo jest król.

Pozostałe