Nie potrafił wytłumaczyć, jak komponował - po prostu czuł muzykę. Grzegorza Ciechowskiego wspominają mama i siostra [cz. 1]

  • 28.02.2018, 19:15 (aktualizacja 08.03.2018 20:20)
  • Marta Irzyk
Nie potrafił wytłumaczyć, jak komponował - po prostu czuł muzykę. Grzegorza Ciechowskiego wspominają mama i siostra [cz. 1] Marta Irzyk
Spokojny i wiecznie głodny, a potem grzeczny i ciekawy świata - tak Grzegorza pamiętają mama, Helena Ciechowska, oraz siostra - Aleksandra Krzemińska. Podczas spotkania w domu rodzinnym obie panie opowiedziały o dzieciństwie i początkach kariery Grzegorza. Wspomnienia zostały wyemitowane w audycji Zbliżenia.

 

Radio Tczew czeka na Twoją reklamę!
Radio Tczew czeka na Twoją reklamę!
Radio Tczew czeka na Twoją reklamę!

Audycja Zbliżenia z 27 lutego:

Druga część wspomnień dostępna jest TUTAJ

Marta Irzyk: 29 sierpnia 1957 roku. Oleńka Ciechowska ma wtedy dokładnie 3 lata i trzy dni, jest nad Wisłą, w cyrku. Tymczasem w domu pojawiają się bociany…

Aleksandra Krzemińska: Z domu skrytnie i sprytnie do cyrku zabrała mnie ciocia Mija, siostra naszego tatusia. Pamiętam ten dzień, pamiętam zapach towarzyszący cyrkowi z dużymi zwierzętami, atmosferę, orkiestrę cyrkową… To na pewno była moja pierwsza wizyta w cyrku, a więc wielkie przeżycie, które złożyło się z wielką radością. Kiedy wróciłam z cyrku, to akurat odleciały bociany. Pan Alfons Kirschling mówił mi: „Żałuj, dopiero co odleciały… ale zaraz zobaczysz braciszka”. I faktycznie - był i od tej pory byliśmy we dwójkę (śmiech). W mojej pamięci utkwiło też, że mamusia była bardzo zmęczona.

Grzegorz był dzieckiem… sporym. Kawał chłopaka!

Helena Ciechowska: Pięć i pół kilograma! 

A.K.: 5700 gramów mamusia miała zapisane w książeczce zdrowia, więc to naprawdę okaz.

H.C.: Po tygodniu dopiero oczy otworzył.

Tak długo spał?

H.C.: Nie, bo był taki gruby (śmiech). Otworzył te swoje duże, niebieskie oczy… Był spokojnym dzieckiem, tylko zawsze głodnym (śmiech).

Grześ w wieku ośmiu miesięcy. Ze zbiorów Aleksandry Krzemińskiej

Potrzebował dużo mleka?

H.C.:  Tak, po sześciu tygodniach już go dokarmiałam, bo nie miałam pokarmu, zawsze był głodny. Przyszła pani doktor Gajewska, przygotowała w butelce 150 gramów mleka - wszystko wypił. Zresztą wtedy karmienie wyglądało inaczej.

A.K.: Nie było tak jak teraz, na życzenie, wtedy karmiło się co trzy godziny.

H.C.: Pani doktor potem dała mu 200 gramów, wypijał taką porcję pięć razy dziennie i zasypiał. Przespał praktycznie trzy pierwsze miesiące życia. Był i duży, i spokojny. 

Został mu potem ten apetyt? Lubił jeść?

A.K.: Nieszczególnie.

H.C.: Oleńka zaczęła chodzić do przedszkola, ale jednego dnia nie chciała pójść i mąż mówił do niej: „Mamusia musi odpoczywać, a ty - do przedszkola!”. Później chodziła już chętnie.

Ale pomagała też przy młodszym braciszku. 

A.K.: Muszę się przyznać, że moi rodzice byli bardzo towarzyską parą. Pozwalali sobie nawet wychodzić do kina, mając takiego małego brzdąca jak Grześ. Sądzili, że wystarczy to, że ja jestem w domu. Tylko że w nocy, pół godziny czy godzinę po ich wyjściu, budziłam się i widziałam cienie od świateł z ulicy i myślałam, że to już ranek. Oczywiście płakałam, krzyczałam… Grzesiu spał, a ja odstawiałam histerię. 

H.C.: Ty miałaś pięć lat, Grzesiu niecałe dwa. 

A.K.: Pani Kalinowska wydzwaniała do kina Wisła, żeby rodziców stamtąd ściągnąć (śmiech).

H.C.: A wtedy nie było autobusów na zawołanie, więc musieliśmy biec.

A.K.: Pamiętam skórzane rękawiczki tatusia, widocznie była zima… 

H.C.: To był błąd, Oleńka miała pięć lat, jeszcze nie była dużym dzieckiem, a mnie się wydawało, że już mogła być sama. 

A.K.: Później bardzo często mama prosiła kuzynki albo kuzyna, by zostali z nami na noc. To było bardzo przyjemne. Elżbieta Sadowska była moją ukochaną kuzynką; opowiadała nam różne rzeczy, a potem, gdy byliśmy starsi, oglądaliśmy na przykład „Kobrę”.

H.C.: Często bywała też u nas ciocia Anka z Bydgoszczy. 

A.K.: Zawsze ktoś potem z nami zostawał. Już nie mówiąc o karnawale, wtedy to dopiero rodzice się bawili…

H.C.: Za mało sobót było (śmiech).

A.K.: Mamusia miała przepiękne stroje, złote suknie, szpilki, w których chodziłam po domu… Ja nie mam ani jednej takiej ładnej rzeczy (śmiech).

Czteromiesięczny Grześ z siostrą Oleńką. Ze zbiorów Aleksandry Krzemińskiej

Miejsca do chodzenia w szpilkach nie brakowało, bo mieszkanie było duże, przestronne.

H.C.: Tak. Poza tym, ja się wszędzie udzielałam - już później, jak chodzili do szkoły, byłam we wszystkich trójkach klasowych. Angażowałam się też w zabawy.

A.K.: Kiedyś zabawy odbywały się w szkołach, to było bardzo bezpieczne i przyjemne.

H.C.: Szczególnie w szkole muzycznej, później, jak już Oleńka zaczęła do niej chodzić. Grzesiu chodził tylko dwa lata, dłużej nie chciał. 

A.K.: Kiedy mnie coś kazano, ja się podporządkowywałam. Miałam zresztą bardzo dobrą panią pedagog, Irenę Jarzymowską, z którą rodzice się zaprzyjaźnili. Później często się spotykaliśmy, nawet gdy nie chodziłam już do szkoły muzycznej. Natomiast Grzegorz trafił na bardzo surową nauczycielkę, panią Teresę Gieras. Nie potrafiła znaleźć z nim porozumienia. Grzegorz nie chciał odpowiednio trzymać rączek, wolał sam grać, ale to się tak nie dało… Nie chciał grać gawotów i menuetów czy bourrée… To było dla niego nudne. Ale jak się spojrzy na jego twórczość, to np. muzykę do filmu erotycznego oparł na drobnych utworach Bacha i pięknie sobie z tym poradził. Tak więc to było potrzebne, ale wtedy nie można mu było tego wytłumaczyć. 

H.C.: Pani profesor Gieras powiedziała mi, że Grzegorz jest wybitnie zdolny! Ma absolutny słuch, ale wszystko przerabia na swoje nuty, nawet gamy.

A.K.: Po prostu nie chciał grać tak, jak się powinno. A jeszcze wcześniej, przed szkołą muzyczną, mama zaprowadziła mnie do organisty, pana Piskorskiego, na Starym Mieście. To były bardzo miłe momenty - siedziałam z nim w czasie mszy przy organach, obserwowanie jego gry bardzo mnie interesowało. Z kolei Grzegorz trafił do pana Ratajczaka, nauczyciela ze Szkoły Muzycznej w Pelplinie, który mieszkał przy alei Zwycięstwa. Niestety on też nie poradził sobie z Grzegorzem, nawet raz go trzepnął… Wtedy po prostu tak było. 

H.C.: Grzegorz złapał za klamkę drzwi wejściowych i stwierdził, że pana Ratajczaka nie ma w domu. 

A.K.: Skłamał (śmiech). Kiedyś dzieci, które zaczęły chodzić do szkoły, poruszały się bezpiecznie samodzielnie. Tu wokół nie było żadnych ulic, tylko pola, więc Grzegorz mógł sam podejść do pana Ratajczaka. Kiedy ja chodziłam do szkoły muzycznej, po prostu wsiadałam do autobusu, rodzice nie zawozili dzieci na zajęcia dodatkowe. Ostatecznie ja skończyłam szkołę muzyczną, nawet robiłam rok dodatkowo, by zdawać do liceum, a Grzegorz zaliczył dwie klasy. Potem bardzo żałował.

H.C.: Mówił: „Trzeba mnie było lać!”. Odpowiadałam, że absolutnie nie, przecież w naszym domu nigdy dzieci nie były bite. Bardzo żałował, bardzo…

A pani nie chciała go zmuszać.

H.C.: Urodziła się Gosia [w roku 1966; młodsza siostra Oli i Grzegorza - red.] i byłam bardziej zajęta niemowlęciem, nie mogłam go tak pilnować, więc powiedziałam: „zmuszać cię nie będę”. 

Grzegorz w wieku 10 lat. Ze zbiorów Aleksandry Krzemińskiej

Potem robił co chciał z pianinem, które stało w domu. 

H.C.: Tak, to w szkole średniej, kiedy poznał Jacka Klińskiego. 

A.K.: To była tczewska indywidualność.

Pani Heleno, pani rodzina była bardzo muzykalna. Czy to stąd zamiłowanie do muzyki w państwa domu?

H.C.: No cóż, chyba w genach. U nas wszyscy grali - mój ojciec w Orkiestrze Królewskiej, gdy byliśmy pod zaborem. Grał na kontrabasie. Mam jego zdjęcie, w mundurze, z takim małym wąsikiem. Grali także moi bracia: Aloś, Józek i Kazik, Alfons nie, Stasiek też nie. W domu była zawsze orkiestra, zawsze muzykowali. Mieszkaliśmy na Półwiejskiej, na tzw. Kozen Fyrtel. Byłam dziesiąta z rodzeństwa. Jeden z moich braci był zakonnikiem w Krakowie, najstarszy był tu w wojsku, drugi - w Warszawie, w policji konnej, grał na skrzypcach. Józek skończył Wyższą Szkołę Morską - rozpoczął w Tczewie, a skończył w Gdyni, gdy szkołę przenieśli. Pływał na podwodnych statkach. „Burza”, „Iskra”… Zdaje mi się, że tych statków było siedem. Jak przyjeżdżali do nas oficerowie marynarki, to już wiedzieli, że będzie wesoło. Pamiętam, jak grali, mama piekła drożdżowe racuchy, okna były pootwierane, a cały Kozen Fyrtel tańczył. 

Czyli tradycja muzykowania była silna i potem została przeniesiona do domu państwa Ciechowskich.

A.K.: Zarówno w tym domu, jak i przy mleczarni, dwa razy do roku obchodziliśmy urodziny rodziców - mamusi 14 kwietnia, a taty 13 września. Cała rodzina się schodziła. Był wujek Kazik, stało pianino, więc wiadomo było, że trzeba będzie grać. Szły na przykład różne standardy… 

H.C.: W mleczarni były okna otwarte, autobusy stawały, był zakłócony ruch (śmiech). Zawsze było wesoło. 

Czy Grześ brał udział w tym graniu? Próbował śpiewać?

A.K.: Nie, w domu jeszcze nie. Czasami graliśmy proste utwory na cztery ręce, ale specjalnie się nie angażował. Zainteresował się muzyką dopiero gdy byłam na studiach. Poznał Jacka Klińskiego, zapragnął mieć flet. Rodzice wzięli pożyczkę i sprowadzili instrument z Niemiec. Grzegorz go potem gdzieś zostawił, jak jechał autostopem do Torunia.

H.C.: Flet był podpisany, ale cóż… Ktoś wziął, widocznie był mu potrzebny.

Pani profesor Bagińska, która uczyła Grzegorza gry na flecie, wyraża się o nim w samych superlatywach. Podkreśla, że bardzo szybko się uczył i od razu wiedziała, że Grzegorz będzie „kimś”. 

H.C.: Mówiła, że chłonął rzeczy, których inni uczyli się latami. 

A.K.: Grzegorz opowiadał, jak wyglądały lekcje u niej. Była bardzo wymagająca i ostra; najczęściej za drzwi wylatywał dzieciak, a za nim nuty, bo nie spełniał jej wymagań. Natomiast z Grzesiem jakoś sobie radziła, mimo że nie miał prawidłowego zgryzu. Tak bardzo pragnął grać, że się nauczył. Uważam, że to, co Grzegorz osiągnął, to wielki sukces, którego nie byłoby bez nauki pani Czesławy.

H.C.: Pani Gieras powiedziała potem, że mogła być bardziej wyrozumiała - powinna pozwolić mu grać i później wyłapywać ewentualne niedociągnięcia.

A.K.: Dzisiaj kompletnie zmieniło się podejście do grających w szkole muzycznej. Teraz stawia się na wirtuozów, osoby, które coś osiągną. Słabsi dostają propozycję: albo ocena dopuszczająca i do widzenia, albo zmieniaj instrument. Nie ma czasu na zwykłą, naturalną pracę z uczniem.

W przypadku Grzegorza widać, jaki efekt dało połączenie podstaw wiedzy z osobowością. 

A.K.: Ja nie mogłam uwierzyć - jak to, przecież to ja ukończyłam szkołę muzyczną, ja umiem czytać nuty! A ten tutaj komponuje jakieś niestworzone rzeczy, których ja bym nawet nie nagrała, bo one są synkopowane, nie do ogarnięcia… On to miał, on to wszystko miał… W Toruniu znalazł się w zespole jazzowym i nauczył się harmonii jazzowej! Oczywiście nie poszedł tamtą drogą, ale jazz też był mu potrzebny do części kompozycji. Kiedyś go o to zagadnęłam - nie potrafił wytłumaczyć, jak to robi.

Po prostu czuł.

A.K.: Czuł.

Pierwsze zespoły były w Tczewie - Juwentus, Nocny Pociąg…

H.C.: Pierwszy koncert był w kościele szkolnym.

Jak reagował na te pierwsze występy - stresował się czy raczej był pewny siebie?

A.K.: Nie śledziliśmy krok w krok, co robił. Pierwsze utwory i teksty na pewno były dla niego dużym przeżyciem. Wiadomo, jak to jest z młodymi (śmiech).

Nie zwierzał się.

A.K.: Dowiedziałam się od Adama Wendta, że przeprowadził z Grzegorzem poważną rozmowę. Powiedział mu, że muzyką trzeba zająć się na poważnie, poświęcić się jej. Dzięki takiemu podejściu odnosi dzisiaj sukcesy, zresztą jak cała jego rodzina. 

Grzegorz się nie zwierzał, ale z pewnością wszystko podporządkował muzyce.

G.C.: Ćwiczył bardzo dużo. Jak szłam ze Starego Miasta to już na mostku [dziś wiadukt 800-lecia - red.] słyszałam, że Grześ ćwiczy. Mnie to nie przeszkadzało (śmiech).

Pamiętają panie pierwsze sukcesy Grzegorza? Wywiady, nagrania? Czy to była codzienność, o której się nie rozmawiało?

A.K.:Jeszcze nie wiedzieliśmy, że odniósł pierwsze sukcesy, raczej nas o tym nie informował. Nie było też tak szybkiej komunikacji jak dziś, czyli przede wszystkim internetu. Pamiętam jednak, że były wzmianki w czasopiśmie „Non Stop”. 

W państwa domu ważne były też książki, które Grzegorz pożerał. 

A.K.: Wynieśliśmy z domu miłość do książek, bo rodzice czytali nam bardzo dużo. Bajki, baśnie Andersena… Bardzo szybko nauczyliśmy się czytać, by robić to samodzielnie. Kiedy byłam w pierwszej klasie, zabierano mnie do drugiej czy trzeciej, żeby pokazać, jak można czytać. Grzegorz też potem pożerał książki, całą klasykę dla dzieci. Mieliśmy Kerna, „Dzieci z Bullerbyn”, bajki śląskie Gustawa Morcinka. To wszystko było bardzo ciekawe. Grzegorz chłonął też „Winnetou” i inne opowieści o Indianach. Mnie do dziś została miłość do książek, wykorzystuję każdą chwilę - na przykład gdy jadę autobusem, słucham audiobooków.

Grzegorz podtykał poezję także mamie.

H.C.: Mówiłam mu: „Grzesiu, ja jestem dzieckiem wojny, zupełnie inaczej wychowana. Wszystko co było dobre w domu moich rodziców, nam było zabronione”. Pamiętam, że cała skrzynia książek była gdzieś zakopana na Kozen Fyrtel, a jak ją odkopaliśmy, to w środku nic nie było… Pracowałam jako fryzjerka. Kiedy wyszłam za mąż, powiedziałam sobie: będę pilnowała domu i dzieci. Stworzyłam im takie warunki, że nie musiały być pod obcą opieką Potem poszły do cudownego przedszkola sióstr szarytek. Szkoda, że nie było wtedy takich aparatów jak dziś. Zdjęcia fotograf robił nam na urodziny i Boże Narodzenie. 

Rodzina Ciechowskich. Gwiazdka 1962. Ze zbiorów Aleksandry Krzemińskiej

Grześ lubił chodzić do przedszkola? Był posłuszny czy raczej dokazywał?

H.C.: Lubił przedszkole. Z jego zachowaniem nie było kłopotów.

A.K.: Nie był dzieckiem złośliwym czy niegrzecznym, raczej ciekawym świata.

H.C.: Nie miałam kłopotów z dziećmi. Oczywiście kłóciły się po swojemu, ale przede wszystkim bardzo ładnie się bawiły. Duży tapczan służył za statek…

A.K.: Miewał zaskakujące pomysły. Byliśmy na wczasach w Rabce i rodzice poszli załatwić sprawy meldunkowe. Cała atrakcja polegała na tym, że w ośrodku wczasowym mieliśmy zajmować swój własny domek. Nie zdążyli nic powiedzieć, bo nawet nie wiedzieli, że tam jest jakiś basen. Było chłodno, a Grzegorz wlazł do wody.

H.C.: Dzień wcześniej miał wypadek na zjeżdżalni. Wiór wszedł mu w brzuch, trzeba było jechać do szpitala. Miał dziewięć czy dziesięć szwów. Zapomniał o tym, nawet nie myślał - wszedł do tej brudnej wody w basenie. Na szczęście nic się nie stało, bo na miejscu był lekarz i odkaził ranę. 

A.K.: Na tym właśnie polegało to nieposłuszeństwo. Czytam teraz autobiografię Agathy Christie i tam jest podobna historia. Podczas wakacji we Francji dzieci zaczęły chodzić po parapetach. Argumentem było: „Przecież nie mówiliście, że nie mamy chodzić po parapetach na trzecim piętrze!”.

Grześ wybrał się także do Indii.

H.C.: Pamiętam to jak dziś. Byłam w sypialni, a Grześ przyszedł z pióropuszem, chciał się ze mną pożegnać. „Jadę do Indii, do widzenia!” - „Dobrze, idź” - myślałam, że idzie na podwórko. Okazało się, że dzień wcześniej poszedł do pracownika biura mleczarni, Stanisława Kleinschmidta, żeby mu wypisał bilet do Indii. No i było: „Grzesiu, do Indii i z powrotem”. Trochę byłam zaniepokojona, że mnie z podwórka nie woła, a tu nagle ktoś dzwoni do drzwi - sokiści. Grzesiu zapłakany, pomyślałam, że był jakiś wypadek. „Pani Ciechowska, jak pani może, dziecko samo na peronie, chciało wejść do pociągu!”. Przecież mógł wpaść! Miał pióropusz i pół chleba pod pachą (śmiech).

A.K.: To trudne do uwierzenia, ale mieliśmy w naszym życiu kilka takich głupich pomysłów. W mieszkaniu przy mleczarni w naszym pokoju otworzyliśmy okienko i tak sobie usiedliśmy na parapecie, z nogami na zewnątrz. Tak po prostu, żeby sobie posiedzieć. Wydawało się nam, że to jest zupełnie naturalne. Nagle jakaś kobieta zaczęła wołać: „Oleńka! Zawołaj mamusię, zejdźcie szybko z tego okna”. Jakoś potem zeszliśmy… Obok był budynek, na dole mieściły się warsztaty. Na budynku zamocowana była drabinka, po której wdrapywaliśmy się na lekko pochyły dach. Kilkakrotnie nas tam nakryto i drabina została obcięta. Dziś nie mogę uwierzyć, jak to się stało, że byłam taka nieodpowiedzialna. 

H.C.: Swoje broiliście (śmiech).

A.K.: Chodziliśmy po wszystkich zakamarkach podwórka. Nie było duże, ale wystarczające, żeby na przykład rozbić namiot. Latem lubiliśmy w nim spać. 

Dużo czasu spędzaliście na łonie natury i zamiłowanie do przyrody zostało dorosłemu Grzegorzowi. Uwielbiał wędrówki, kochał zwierzęta, a szczególnie psy.

A.K.: Mam piękne wspomnienia związane z porami roku. Czekaliśmy na tę wiosnę tak niecierpliwie… Chcieliśmy jak najszybciej założyć podkolanka, czasem spaliśmy w nich już na początku marca. Usytuowanie domu przy ulicy Nowy Rynek było bardzo bezpieczne, bo dalej były pola, którymi mogliśmy wędrować. Tam, gdzie teraz jeździ „trójka”, na Suchostrzygach, to już były wielkie wyprawy. Do dziś pamiętam zapachy i roślinność, te wszystkie chwasty. Czasami przynosiliśmy myszkę albo jakiegoś ptaka i urządzaliśmy im pogrzeb. Naszym marzeniem był pies - chcieliśmy go mieć do tego stopnia, że udawaliśmy, że już jest z nami, wołaliśmy go za sobą (śmiech). To było prawdziwe szczęście, kiedy naprawdę dostaliśmy pieska, Misię. Puszysty, pomarańczowy i bardzo wierny kundelek. Później mieliśmy połączenie pekińczyka i ratlerka. Czarka to było wyjątkowo głupie zwierzątko, chciało być niezależne i tuż po otwarciu drzwi nam uciekało. Niestety wpadło pod autobus na oczach naszej siostry, Gosi. Grzegorz nie lubił małych psów, chciał mieć „Lassie”, czyli owczarka szkockiego, collie. Gdy był dorosły, zrealizował marzenie. 

 

Grześ w wieku 5 lat podczas pobytu u krewnych w Malborku. Po raz pierwszy zaprzyjaźnił się z dużym psem, collie, który należał do sąsiadów wujka Kazika. Ze zbiorów Aleksandry Krzemińskiej

H.C.: Z Jolą [Muchlińską, pierwszą żoną - red.] miał wilczura. Przyjechali na Gwiazdkę, w pokoju stała choinka. Wyszliśmy z domu i po powrocie zastaliśmy choinkę leżącą na podłodze.

A.K.: Miał potem owczarka rosyjskiego, Gintera, a jeszcze później buldoga angielskiego, Szefunia. Niestety został pogryziony, podczas operacji dostał za dużą dawkę narkozy i się nie obudził. Potem zaczęły się bulmastify, które Grzegorz ściągał z Anglii. Kilka razy jeździł na wystawy ze swoimi psami, musiał mieć do tego odpowiednie uprawnienia. Jakieś zdjęcia z wystawy ukazały się nawet w czasopismach kynologicznych. Mimo to zawsze mu było brak, regularnie oglądał ogłoszenia o szczeniaczkach. Miał na przykład doga de Bordeaux i zorganizował mu obecność małej pitbullki, którą uratował od udziału w walkach. Lubił mocne, silne psy, nad którymi mógł zapanować. Niektóre, agresywne, musiały być zamykane w klatkach, gdy pojawiły się dzieci. 

Marta Irzyk
Podziel się:
Oceń:
  • TAGI:

 

Komentarze (2)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu www.radiotczew.pl. Telkab Sp. z o.o. z siedzibą w Tczewie, ul. Jagiellońska 55 jest administratorem twoich danych osobowych dla celów związanych z korzystaniem z serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania.
Wojciech Fazi R.
Wojciech Fazi R. 7.03.2018, 07:30
A czy będzie,tu w "archiwum",i jeśli tak to kiedy druga cześć wywiadu?
Przy okazji-świetne audycje!Szkoda że tylko dwie części.
Marta Irzyk
Marta Irzyk 7.03.2018, 13:16
Dziękuję za miłe słowa. Druga część audycji, również w wersji tekstowej, pojawi się na stronie w czwartek, 8 marca.

Pozostałe