Kradzieże kabli ze stacji ładowania samochodów elektrycznych przestały być incydentami. Złodzieje odcinają przewody z szybkich ładowarek DC, wyciągają z nich miedź i sprzedają ją w skupach złomu. Tak dzieje się w całej Polsce.
Dlaczego złodzieje kradną właśnie te kable?
Powód jest prosty – miedź. W jednym kablu znajduje się od ok. 1,5 do nawet 7 kg miedzi. Cena miedzi w skupach wynosi około 40 zł za kilogram. Zysk złodzieja z jednego kabla to zwykle od 200 do 500 zł, czasem więcej.
Paradoks polega na tym, że niewielki zarobek sprawcy oznacza ogromne straty dla właścicieli stacji. Bo uszkodzony kabel to nie tylko koszt nowego przewodu. Operator musi często zamówić dedykowany kabel producenta, wysłać serwis, wyłączyć ładowarkę z użytkowania i jeszcze ponieść koszty przestoju.
W zależności od rodzaju urządzenia i skali zniszczeń naprawa może kosztować od kilku do nawet kilkudziesięciu tysięcy złotych za jedną stację.
Uderza to przede wszystkim w kierowców
Dla użytkowników aut elektrycznych oznacza to niedziałające na trasie ładowarki, co pociąga za sobą konieczność szukania alternatywnych punktów. A to wydłuża podróż i zwiększa kolejki przy działających stacjach.
Problem jest szczególnie dotkliwy na trasach szybkiego ruchu, gdzie liczba ładowarek wciąż nie jest duża.
W jedną noc wycinają przewody z wielu stacji
Branża od dawna informuje, że przypadki kradzieży są odnotowywane we wszystkich województwach. Zdarzały się sytuacje, gdy podczas jednej nocy sprawcy wycinali przewody z wielu stacji znajdujących się w jednej okolicy.
W marcu 2026 r. policjanci z województwa łódzkiego zatrzymali dwóch mężczyzn podejrzanych o serię kradzieży przewodów ze stacji ładowania. Według policji wartość skradzionych kabli przekroczyła 450 tys. zł.
Kradzieże obejmowały wiele lokalizacji, bo sprawcy działali nie tylko w województwie łódzkim, ale również na Mazowszu i w Wielkopolsce. To pokazuje, że nie zawsze są to przypadkowi złomiarze – część kradzieży ma charakter zorganizowany.
Według Licznika Elektromobilności na koniec czerwca 2026 r. w Polsce działało 13 201 ogólnodostępnych punktów ładowania, w tym 6668 szybkich punktów DC. Pozostałe stanowiły ładowarki AC.
To oznacza, że każda wyłączona z użytku szybka ładowarka pogarsza dostępność infrastruktury.
Branża zaczyna się bronić
Operatorzy wdrażają kolejne zabezpieczenia. Są nimi lokalizatory GPS montowane wewnątrz kabli, specjalne osłony utrudniające przecięcie przewodu, oznaczenia informujące o monitoringu i systemy szybkiego wykrywania uszkodzenia.
Przykładem jest GreenWay, operator ogólnodostępnych stacji ładowania pojazdów elektrycznych, który testuje kable wyposażone w lokalizatory GPS mające odstraszać złodziei i ułatwiać odzyskanie skradzionego przewodu.
Dlaczego operatorzy nie mogą montować tańszych kabli?
Bo w przypadku szybkich ładowarek DC są one elementem ściśle dopasowanym do konkretnego urządzenia i muszą spełniać rygorystyczne normy bezpieczeństwa. Dlatego koszt wymiany jest tak wysoki.
Sam kabel do szybkiej ładowarki może kosztować od kilku do kilkunastu tysięcy złotych, a w przypadku ładowarek o mocy 300-350 kW z chłodzeniem cieczą cena może przekroczyć 20 tys. zł. Do tego dochodzą koszty serwisu, transportu, robocizny oraz utraconych przychodów z wyłączonej stacji.
To właśnie dlatego złodziej, który zarabia na miedzi zaledwie kilkaset złotych, może spowodować szkody liczone w dziesiątkach tysięcy złotych.


Napisz komentarz
Komentarze